Stos podręczników, programy telewizyjne, grono koleżanek, mama na telefonie i intuicja, a wśród tego wszystkiego matka samotna, bliska kuzynka matki bezradnej.
Są takie chwile, kiedy zaczynamy zastanawiać się nad swoim życiem. Rozmyślamy, czy odnajdziemy szczęście, to prawdziwe szczęście. Patrzymy na siebie i widzimy, że nie jest dobrze, ale nadzieja ciągle się w nas tli. A może już całkiem zgasła. To jest właśnie ten moment, gdy jesteśmy na zakręcie. Na zakręcie życia.
Bardzo lubię poznawać kolejne historie mam zajmujących się własnym biznesem. Każda jest osobna i inspirująca w swój własny sposób. A wszystkie łączy to, że są zwolenniczkami rodzicielstwa bliskości. Z reguły to chęć bycia ze swymi dziećmi nawet w miejscu pracy powoduje, iż mamy zakładają własne działalności. Te, które kiedyś robiły coś zgoła innego, z reguły chwalą sobie bycie sterem, żeglarzem i okrętem w pracy.
Panią Emilię poznałam pośrednio już parę lat temu, gdy pierwszy raz trafiłam na link z jej blogiem. Usiadłam wtedy przy nim i nie bacząc, że mam małe dzieci, które nie dają mi zbyt wiele szans na sen, zarwałam całą noc. Z zapartym tchem czytałam o dramatycznym roku zmagań o życie Laury – córeczki pani Emilii.
Nie wiem w sumie, kiedy to się stało, gdy moje dziecko z wiecznie medytującego nad jedzeniem małego Buddy stało się moim kulinarnym partnerem w kuchni. Musiało to nastąpić w ciągu kilku ostatnich miesięcy, bo gdy wspominam zeszłą wiosnę, to plonów jeszcze nie było. A sieję od małego.