„Co ma piernik do wiatraka”, „Znać się jak łyse konie”, „stawać okoniem”, „zbijać kokosy”, „dostać kociej mordy”… Używamy takich zwrotów niemal automatycznie. Wiemy, co oznaczają, ale czy kiedykolwiek zastanawialiśmy się, dlaczego właściwie mówimy właśnie tak?
Na tym pytaniu opiera się książka Weroniki Zych „Co ma piernik do wiatraka i inne językowe rozkminy”. Autorka bierze na warsztat polskie związki frazeologiczne i próbuje odpowiedzieć na pytania, które na co dzień raczej nie zaprzątają nam głowy. Skąd wzięły się poszczególne powiedzenia? Co oznaczały kiedyś? I dlaczego niektóre z nich brzmią dzisiaj tak absurdalnie?

Pomysł jest prosty, ale bardzo dobry. Zamiast kolejnego opracowania językowego, które kojarzyłoby się ze szkolnym podręcznikiem, dostajemy lekką książkę popularnonaukową. Frazeologizmy zostały podzielone na tematyczne części, między innymi związane ze zwierzętami, roślinami czy człowiekiem, a całość uzupełnia jeszcze część będąca językowym miszmaszem.
Największą zaletą książki jest chyba właśnie sposób, w jaki autorka mówi o języku. Weronika Zych nie próbuje robić z frazeologii wielkiej, trudnej dziedziny. Tłumaczy ją przystępnie, wykorzystując współczesny język, humor i sytuacje bliskie młodszemu czytelnikowi. Dzięki temu temat, który dla wielu dzieci może brzmieć jak kolejna szkolna lekcja polskiego, staje się czymś znacznie bardziej interesującym.
Sprytna sztuczka, która utrzymuje uwagę
I to działa nie tylko na dzieci. Książka potrafi zainteresować również dorosłego, szczególnie jeśli lubi językowe ciekawostki i zastanawianie się nad tym, skąd właściwie wzięły się słowa i powiedzenia, których używamy każdego dnia. Niektóre wyjaśnienia naprawdę potrafią zaskoczyć.
Podoba mi się też to, że książka nie ogranicza się do suchego podania znaczenia danego związku frazeologicznego. Punktem wyjścia jest właśnie ciekawość: skoro mówimy „znać się jak łyse konie”, to skąd te konie i dlaczego właściwie miałyby być łyse? Skoro ktoś „staje okoniem”, to co wspólnego ma z tym okoń? Takie pytania są świetnym sposobem na pokazanie dziecku, że język nie jest czymś martwym i zapisanym wyłącznie w podręcznikach.
Nie oznacza to jednak, że książka spodoba się każdemu.
Jej styl jest bardzo mocno skierowany do młodszego odbiorcy. Młodzieżowe sformułowania i przykłady z codziennego życia mają sprawić, że książka będzie bliższa dzieciom i nastolatkom. Dla nich może to być ogromna zaleta. Dorosły czytelnik może natomiast momentami odnieść wrażenie, że autorka trochę za bardzo stara się dopasować język do młodego odbiorcy. Pojawiły się zresztą opinie dorosłych czytelników, którym właśnie ten sposób narracji nie przypadł do gustu.
Nie traktowałabym tego jednak jako poważnej wady książki. To raczej kwestia oczekiwań. Jeśli szukamy pogłębionego opracowania frazeologii albo książki dla dorosłego miłośnika językoznawstwa, „Co ma piernik do wiatraka” może okazać się zbyt lekka. Jeśli natomiast chcemy zainteresować dziecko językiem polskim i pokazać mu, że za pozornie zwyczajnymi powiedzeniami kryją się historie, ciekawostki i czasem sporo absurdu, pomysł sprawdza się bardzo dobrze.
Co ma piernik do wiatraka – na koniec
To właśnie jest największa wartość tej książki. Nie próbuje udawać akademickiego opracowania. Ma przede wszystkim zaciekawić.
A jeśli po przeczytaniu dziecko zacznie przy okazji pytać: „Ale dlaczego właściwie tak się mówi?”, to chyba można uznać, że książka zrobiła swoje.
„Co ma piernik do wiatraka i inne językowe rozkminy” to więc ciekawa propozycja dla dzieci i młodszych nastolatków, które lubią językowe zagadki, ciekawostki i nietypowe historie. Dorośli również mogą znaleźć tu coś dla siebie, choć powinni być przygotowani na bardzo swobodny, młodzieżowy sposób narracji.
Bo język polski naprawdę potrafi być dziwny. I właśnie dlatego warto czasem sprawdzić, co ma ten piernik do wiatraka.

